Histeroskopia nr 2, czyli wizja przebicia macicy i dokonanie cudu przez lekarzy

Stawiłam się w szpitalu na drugą histeroskopię. Moja pani doktor wystawiła mi skierowanie i pomogła mi ustalić zabieg na niedaleki termin. Zostałam więc przyjęta na oddział jednego dnia, dostałam do wypełnienia dokumenty i formularze, więc ulokowałam się na sali wśród trzech innych pacjentek i zaczęłam wypełniać dokumenty. W międzyczasie dowiedziałam się, że mój zabieg zaplanowany jest jako ostatni z nas czterech, a następnie zostałam poproszona do gabinetu lekarskiego na wywiad przedoperacyjny. Miałam ze sobą wszystkie dokumenty – grupę krwi, wyniki dla anestezjologa oraz dokumenty dot. poprzedniej histeroskopii. Lekarz wziął ode mnie opis poprzedniego zabiegu i przeczytał: 

„…po usunięciu torbieli Nabotha zasłaniającej ujście wewnętrzne, dalsze hegarowanie utrudnione ze względu na bardzo silne przodozgięcie AP = 25” 

Tak na marginesie moja ginekolog zobaczywszy ten opis była zdziwiona, że nie udało się wykonać zabiegu do końca. Właściwie to odniosłam wrażenie, że zwątpiła z tamtych lekarzy i wyglądała tak jakby pomyślała sobie, że nie ogarnęli sytuacji. Lekarz przeprowadzający ze mną wywiad przeczytał ten opis i zaprosił mnie do badania USG. Na monitorze wyświetlił się mój układ rozrodczy, a na jego twarzy pojawił się niewyraźny grymas… Pokazał mi obraz i zaczął tłumaczyć:

„Pani szyjka i macica tworzą wspólnie literę U, przy czym w jednym końcu tej litery jest wejście do szyjki macicy, a w drugim końcu listery znajduje się polip. Wprowadzenie tam histeroskopu i usunięcie polipa praktycznie graniczy z cudem.” 

Wiem, że każdy zabieg wiąże się z powikłaniami, więc zapytałam o powikłania z jakimi możemy mieć do czynienia w tym konkretnym przypadku. Podkreśliłam, że chcę mieć dzieci, bo właśnie dlatego tutaj jestem i nie godzę się na to, żeby podejmować duże ryzyko poważnych powikłań. W odpowiedzi usłyszałam, że jeżeli w ogóle uda się dostać do tego miejsca to wysoce prawdopodobne jest, że pod tak dużym napięciem szyjka może zostać uszkodzona, a ściana macicy przebita, co może wiązać się z przymusem wykonania operacji, otwarciem brzucha i w najgorszym przypadku usunięciem mojej macicy. Nie trudno jest sobie wyobrazić co w tamtym momencie poczułam. Ja byłam przerażona, chciałam się z tego wycofać. Lekarz widział, że źle się czuję, więc powiedział, że moja lekarka ma dziś dyżur i że może ją do mnie poprosić jeżeli potrzebuję rozmowy czy wsparcia. Kiwnęłam tylko głową zgadzając się i wróciłam do męża. Opowiedziałam mu wszystko i nie wiedziałam co robić. On też się przeraził… 

Przyszła moja pani doktor. Zapytała co się stało, powiedziałam jej o wszystkim i ze łzami w oczach stwierdziłam, że nie chcę tego zabiegu, że wycofuję się, bo jest to dla mnie za duże ryzyko. Fakt, polip na chwilę obecną stanowił jedyną mechaniczną przeszkodę w zajściu w ciążę, ale najgorszy przypadek w postaci straty macicy był dla mnie niewyobrażalny… Lekarka namówił mnie na ten zabieg, obiecała, że pójdzie pogadać z lekarzami i powie im jak wygląda sytuacja, że wszyscy postarają się na 101%, aby wszystko potoczyło się pomyślnie – oczywiście normalnie również by się o to postarali, ale miałam jej wsparcie i gwarancję, że osobiście wszystkiego dopilnuje, czułam się czyjąś pacjentką, o którą zadba konkretny lekarz od początku do końca, a nie każdy po trochu. Zgodziłam się, wróciłam na salę i kontynuowałam wypełnianie formularzy. Nie minęło 5 minut jak pielęgniarka wpadła na salę, wyczytała moje nazwisko i poprosiła mnie ze sobą. Wzięłam dokumenty, które pielęgniarki dokończyły wypełniać, ktoś pobrał mi krew i założył welflon, ktoś inny kazał położyć się na fotelu i zanim się zorientowałam miałam już podłączoną aparaturę i wszyscy stali nade mną gotowi do zabiegu. Zobaczyłam na czele moją panią doktor, która powiedziała, że już zaczynamy i że mam się nie martwić. W mgnieniu oka podano mi znieczulenie ogólne i zasnęłam. Zabieg miał trwać 20 minut. 

Mąż czekał pod salą zabiegową. Odliczał na zegarku każdą minutę zastanawiając się co dzieje się za drzwiami. Minęło 20 minut, potem kolejne 5, i jeszcze kolejne… Po 40 minutach na salę wszedł dodatkowy lekarz, potem wybiegła jakaś pielęgniarka i zaczęła krzyczeć do kogoś, że trzeba szybko przygotować salę operacyjną. Mąż zbladł, czekał na rozwój sytuacji, ale w głowie kotłowały mu się najgorsze myśli. Zabieg trwał 50 minut, drzwi sali otworzyły się i przewieziono mnie na salę pozabiegową. Pamiętam jak przekładano mnie łóżko i przykrywano kołdrą, mój mąż podszedł do mnie i usłyszałam tylko „kochanie, wszystko się udało”, łzy poleciały mi po policzkach, nie wiedząc jeszcze do końca co się ze mną dzieje zaczęłam płakać, a potem zasnęłam. Po wszystkim jak doszłam do siebie przyszedł do mnie lekarz, który wykonywał mój zabieg. Powiedział: 

„Dzwoniłem do lekarza, który wykonywał pani pierwszą histeroskopię. Na szczęście udało nam się usunąć polip. Przodozgięcie jest tak duże, że przy hegarowaniu szyjki doszło do bardzo dużego rozciągnięcia jej, więc jeżeli będzie pani w ciąży to na pewno będzie ona zagrożona, a ok. 16 tygodnia będzie trzeba założyć szew. Naprawdę nie była pani łatwym przypadkiem i chyba posłuży mi pani jako przykład w mojej pracy naukowej.” 

Zaśmiał się i życzył mi wszystkiego dobrego. Moja pani doktor również mnie odwiedziła. Po wszystkim wyszliśmy szczęśliwi ze szpitala i wróciliśmy do domu. Postanowiliśmy, że do dotychczasowej kliniki niepłodności już nie wrócimy. W ogóle nie odwiedzimy już żadnej kliniki w ciągu najbliższych miesięcy. 

Jedna uwaga do wpisu “Histeroskopia nr 2, czyli wizja przebicia macicy i dokonanie cudu przez lekarzy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s