In Vitro – naprawdę uważasz, że to droga na skróty?

Jestem w 12. dniu kolejnego cyklu, cały czas przyjmuję Estrofem (hormon estradiolu – wpływa m.in. na rozwój żeńskich narządów rozrodczych oraz rozrost błony śluzowej macicy). 

Jutro wizyta w klinice, być może dowiem się kiedy odbędzie się transfer. Mam nadzieję, że tym razem nie będę musiała jeździć tam codziennie przez cały tydzień. 

Od pewnego czasu jestem bardzo „płaczliwa”, wzruszam się szybciej niż zwykle, mało rzeczy mnie cieszy. Dziś dopadła mnie chandra, nie widzę tego co będzie tylko utkwiłam myślami w tym co jest teraz i chwilowo przestałam widzieć różowe barwy, można nawet powiedzieć, że zobaczyłam tylko te szare i czarne kolory. Siedzę i płaczę z bezsilności. Zabrakło mi sił, przelało się. Piszę post, a litery na monitorze zlewają mi się w niewyraźne plamy. Ale musiałam to w końcu z siebie wyrzucić. Nic szczególnego się nie stało, nikt nie powiedział mi nic niemiłego. Po prostu przyszedł taki moment, że wszystkie emocje, które we mnie wrzały, zagotowały się i zwyczajnie przelały. I jest mi teraz lepiej. 

Kiedyś przeczytałam w internecie, że in vitro to droga do szczęścia na skróty. Boże, kim musiała być osoba, która to powiedziała? Czyżby był to niedzisiejszy małomiasteczkowy człowiek, który z góry ocenił czyjeś poczynania w drodze do spełnienia marzeń? Moim zdaniem była to totalnie nieświadoma, nieempatyczna, pozbawiona wyobraźni i doświadczenia życia osoba i naprawdę nie zgadzam się z tą tezą całą sobą. Kiedyś również bym się z tym nie zgodziła, bo mam wyobraźnię i mimo że nie dotyczyło mnie to bezpośrednio to potrafiłam sobie wyobrazić ból jakiego doświadczają ludzie pragnący mieć dziecko i nie mogący go mieć. A dzisiaj, podczas gdy sama osobiście doświadczyłam niepłodności i wiem jakie zostawia ona piętno na psychice, a dodatkowo jestem w trakcie procedury in vitro, która ma dać mi szansę na macierzyństwo, wiem że to jest naprawdę trudne przeżycie. W jakim sensie miałaby to być droga na skróty? Że niby płacisz i oddajesz komórki, żeby ktoś je zapłodnił i zagnieździł w macicy za Ciebie? Może ludzie tak właśnie to postrzegają…??? Ostatnio nawet byłam świadkiem rozmowy pewnych kobiet, które całkiem poważnie konwersowały sobie o tym, że oddadzą swoje komórki i plemniki do zapłodnienia i na przechowanie do banku komórek i jak będą chciały już mieć dzieci to te zarodki sobie wszczepią. A ja tak sobie stałam gdzieś niedaleko i myślałam: „dziewczyny, jak wy bardzo nie wiecie o czym wy w ogóle rozmawiacie…” 

Nie zgadzam się z tezą „drogi na skróty” CAŁĄ SOBĄ. Nie zgadzam się z tym moimi wylanymi łzami, usłyszanymi diagnozami, testami z negatywnym wynikiem, bolącym żołądkiem od łykania garści tabletek, pokłutym brzuchem od zastrzyków, hormonami, zabiegami, znieczuleniami, przejechanymi kilometrami i wydanymi tysiącami złotówek. Nie wybrałam sobie niepłodności, nie chciałam latami starać się o dziecko, nie chciałam co miesiąc stawiać się na wizyty lekarskie, nie wybrałam sobie przeżywania co miesiąc straty dziecka, które istniało już w mojej wyobraźni, a którego fizycznie nigdy nawet nie było, nie pragnęłam chodzić na terapię do psychologa, nie chciałam ryczeć na widok każdej matki z wózkiem lub z małym dzieckiem i nie chciałam w konsekwencji odgradzać się od świata i separować od ludzi. Dlatego uważam, że to nie jest droga na skróty. Uważam, że jest to ostatnia deska ratunku w walce o spełnienie się w życiu jako matka i ojciec. Jest to rzecz, która wreszcie daje nadzieję na szczęście, a nie cholerna droga na skróty… 

Ale generalnie rzecz biorąc bardzo się cieszę, że podeszliśmy do procedury in vitro i przede wszystkim, że mieliśmy taką możliwość – dzisiaj, kiedy wszelkiego rodzaju dofinansowania dla niepłodnych par są zablokowane przez rząd i trzeba samemu walczyć o to, aby dostać przynajmniej szansę na własną rodzinę. Ale wiem też, że mimo że in vitro daje szansę to jest bardzo obciążające dla organizmu, a przede wszystkim dla psychiki. Ciągłe przyjmowanie leków hormonalnych, podawanie sobie zastrzyków, ciągłe jeżdżenie do kliniki i czekanie po kilka godzin w poczekalniach (o czym pisałam tutaj) zwyczajnie obciąża psychikę. I trzeba być naprawdę bardzo silnym. Ale koniec końców bardzo się cieszę, że podeszliśmy do procedury  i przede wszystkim, że mieliśmy taką możliwość. I cieszę się, że mam wspaniałego męża, który udziela mi ogromnego wsparcia na każdym kroku. Kocham go bardzo. 

3 uwagi do wpisu “In Vitro – naprawdę uważasz, że to droga na skróty?

  1. Zwykle się hamuję, ale… Jakim debilem trzeba być żeby in vitro nazwać drogą na skróty?! Nie znam sie kompletnie na procedurze, ale wystarczy kilka zasłyszanych urywków wiadomości, żeby uświadomić sobie, że to metoda walki z chorobą – ciągła walka z własnym ciałem, któremu pozornie nic nie dolega. Dla rozrywki nikt przez to nie przechodzi. Pamiętaj, że szczególnie w internecie znajdziesz mnóstwo ćwierćinteligentów lubiących sobie poużywać cudzym kosztem. A tymczasem powodzenia 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s