„To może kiedyś odwiedzisz Waszą klinikę z Małą…

…aby pokazać się z nią Waszemu doktorowi?”

W gabinetach lekarzy, specjalistów ds. leczenia niepłodności są duże tablice, na których umieszczone są zdjęcia „ich” dzieci, to znaczy dzieci, które dzięki nim przyszły na świat. Nie wiem czy taki zwyczaj panuje w każdej klinice, my leczyliśmy się w dwóch i w obu fotografie obecne były w każdym gabinecie. Zazwyczaj są to zdjęcia przysłane przez rodziców pocztą / mailem lub zdjęcia zrobione w gabinecie lekarza podczas wizyty.

Zadane mi powyższe pytanie w pierwszym momencie zignorowałam, ale po chwili przypomniałam sobie, że z moimi rozmówcami łączą nas identyczne doświadczenia, podobna historia i podobne leczenie, więc w odpowiedzi zadałam im inne pytanie: „Czy pamiętacie ten czas, kiedy regularnie tam jeździliście i co wtedy czuliście?” Tak, pamiętali to, choć po tych 4 latach większość z tych doświadczeń wyparli z pamięci. Ale chyba w tamtym momencie uzmysłowili sobie, że wizyta w takiej klinice tylko po to, aby pokazać się lekarzowi i pochwalić się „jego” dzieckiem raczej do niczego nie prowadzi… Albo prowadzi, ale do wręcz odwrotnych skutków niż zamierzone.

Psychoterapia_w_niepłodności_leczenie_niespełnione_pragnienie_dziecka_droga_nie_na_skroty

O moich odczuciach co do obecności dzieci w klinikach niepłodności pisałam już kiedyś tutaj <klik>. Pamiętam dokładnie wszystkie uczucia, jakie towarzyszyły mi w trakcie leczenia, a patrzenie w międzyczasie na szczęśliwych rodziców z małymi roześmianymi dziećmi, szczególnie w miejscu takim jak klinika leczenia niepłodności pogłębiało tylko mój depresyjny stan. No bo wyobraźmy sobie, że siedzimy w poczekalni takiej kliniki, jesteśmy w trakcie długiego leczenia (bo takie leczenie nigdy nie trwa krótko) – bierzemy kilogramy tabletek albo mamy pokłuty brzuch po zastrzykach, czekamy teraz na wizytę, na której nie wiadomo czy usłyszymy w końcu coś dobrego, a tu przed naszymi oczami biega sobie mały radosny brzdąc, a jego mama próbuje go uspokoić dyskretnie zabawiając go, całując i przytulając na kolanach. Wiem, że każdy reaguje inaczej, ale ja wtedy nie mogłam znieść widoku małych dzieci, bo w takich momentach czułam, że jestem przybijana do ziemi jeszcze bardziej… Swojego wzroku nie widziałam, ale pamiętam wzrok tych wszystkich kobiet, które siedziały w poczekalni obok i na przeciwko mnie. W tych wszystkich oczach zawsze widać było tylko smutek i taką głęboką tęsknotę za czymś, czego nie mogą mieć.

Ja to rozumiem. I nigdy nie zapomnę. Dlatego nigdy nie zabiorę mojego dziecka do takiego miejsca, właśnie ze względu na szacunek do uczuć tamtych kobiet, które nadal walczą. I będę to doradzać każdemu, kto wpadnie na taki pomysł. Nie bez powodu przecież ludzie przyjeżdżają do kliniki, żeby leczyć niepłodność. Mój lekarz dostanie od nas zdjęcie pocztą razem z wypełnioną ankietą na temat naszej ciąży z in vitro, o którą prosił. Po prostu.

Jeśli ten post czyta ktoś, kto jest w podobnej sytuacji do mojej – czyli leczył niepłodność i ma dziś dziecko – proszę nie jedźcie do takich miejsc z dzieckiem. Postawcie się w sytuacji par, które tam są, my same niedawno jeszcze tam byłyśmy i musimy pamiętać o tym jak to bolało. Wspierajmy się nawzajem nawet tak prostymi i nieoczywistymi gestami.

Reklamy

21 uwag do wpisu “„To może kiedyś odwiedzisz Waszą klinikę z Małą…

  1. Czasem to nie jest takie proste. Czasem po prostu rodzice nie mają z kim zostawić swojego dziecka żeby pojechać do kliniki. Ja już mam jedno szczęście i jestem w trakcie leczenia żeby mieć drugie, a musiałam z Małą jechać do klinik bo mąż pracował, a dwulatki samej w domu przecież nie zostawię.

    Polubienie

    1. Tak, wiem i rozumiem to. Ale stawiam się na miejscu tamtych par, bo sama niedawno byłam na ich miejscu. Po prostu wiem jak to boli, Ty też napewno wiesz. Wiem, że czasem nie ma wyjścia, ale jeśli jakiekolwiek istnieje to warto wziąć je pod uwagę. 😙

      Polubienie

      1. Owszem, rozumiem inne pary bo sama byłam w ich sytuacji, ale jak mąż musi pilnie jechać do klienta to niestety zabieram dziecię ze sobą. Wtedy siadam z nią na końcu poczekalni, gdzie są książeczki dla dzieci i czekamy tam na naszą kolej. Z racji tego że mieszkamy za granicą to nie możemy liczyć na pomoc dziadków czy rodziny.
        Co do wypowiedzi Sesi, wiem co to za ból patrzeć na maluszki w poczekalni, gdyż również jestem po poronieniach i ciąży pozamacicznej także jakbym miała możliwość zostawienia Małej w domu to bym to uczyniła, ale takowej możliwości czasami brak.

        Polubienie

      2. Przepraszam nie odbieraj mojej wypowiedzi jako krytyki. Ja po prostu mówiłam za siebie, że postaram się nigdy nie być w takiej sytuacji, żeby jechać z dzieckiem. Jednak wiadomo, że bywa różnie i nie zawsze się da. Nie musisz się tłumaczyć. 😊

        Polubienie

      3. Nie odbieram Twojej wypowiedzi jako krytyki tylko chciałam powiedzieć, że doskonale Cię rozumiem gdyż byłam w podobnej sytuacji i że gdybym miała możliwość to zostawiłabym dziecię pod czyjąś opieką zamiast targać ją ze sobą 😊

        Polubienie

  2. Rzeczywiście czasem może nie być innego rozwiązania, jak jechać z dzieckiem, ale chyba stanęłabym na rzęsach, żeby znaleźć kogoś do opieki i nie brać dziecka. I nie tylko ze względu na inne pary, ale też dla tego dziecka, jakoś mam awersje do targania dzieci po placówkach medycznych, nawet tych zadbanych prywatnych.
    Co prawda nie wiem, jak to jest leczyć niepłodność, ale wiem co znaczy po poronieniu obserwować maluszki w poczekalni u ginekologa, bo jedna czy druga mama chciała się pochwalić. Boli zbyt mocno. I popieram Twój apel do innych kobiet! Nie róbcie tego. Zachowajcie umiar w swoim szczęściu.

    Polubienie

    1. Dokładnie o to mi chodziło. Ja wiem, że czasem się nie da inaczej, szczególnie jak napisała powyżej Crazytwocatslady, która stara się o drugie dziecko w klinice, a pierwszego nie ma z kim zostawić. Ale jeśli ktokolwiek ma taką możliwość to niech nie zabiera tam dzieci. Po prostu. Dzięki Sesi 😚

      Polubienie

      1. Wiesz, ja wiem, że jeszcze kiedyś spróbuję. Fajnie jest jak mąż jeździł ze mną, ale teraz jak będę śmigać do ginekologa, to on będzie siedział z Wiki w domu, albo będę organizować dziadków. Nie ma ich na miejscu, ale poproszę, żeby przyjechali, albo ich przywiozę, nawet te 140km, byle tylko jej tam nie brać. Nie chcę, nie chce, żeby ktoś czuł to co ja. Wystarczy, że czasem trzeba patrzeć na ciążowy brzuszek to też boli.

        Polubienie

      2. Cieszę się, że myślisz tak jak ja. Mnie smuci jedynie fakt, że niektórzy bardzo szybko zapominają o swojej walce, a co za tym idzie o uczuciach jakie im towarzyszyły. Kiedyś pisałam taki post „Zapomniał wół…” właśnie o takiej sytuacji kiedy to świeżo upieczona mama nagle zapomniała jak to było…
        https://droganienaskroty.wordpress.com/2017/08/27/500/
        Ja obiecałam sobie, że nigdy taka nie będę. I choć nie potrafię całkiem ukryć swojego szczęścia w sobie to nie obnoszę się z nim na wszystkie strony świata i nie zmuszam ludzi do słuchania moich cudownych opowieści…

        Polubienie

  3. Znaczy tak – nadal nie zabrałabym Żaby ze sobą, do gina też nie, bo to jak zabierać trąbę powietrzną. Z drugiej strony – po co w takim razie gin wywiesza te wszystkie radosne zdjęcia? O czym to ja jeszcze… walizki spakowane? 😉

    Polubienie

    1. Te zdjęcia rozumiem, bo to jest taki „dowód” na to, że procedura działa, że dobrze leczą, że tylu rodziców dostało to szczęście, na które czekali. Ale osobistych wizyt nie pochwalam, tym bardziej że taka „trąba powietrzna” naprawdę zwraca na siebie uwagę 😊 Torby spakowane już dawno, ale teraz wszystko jest już przygotowane na 100% i wyczekujemy TEGO dnia, który do końca nie wiadomo kiedy nadejdzie 😀

      Polubienie

  4. Hmmmm…
    Sama nie wiem co o tym myśleć.
    Bo z jednej strony faktycznie – te zdjęcia są dla nich swego rodzaju reklamą.
    Ale z drugiej…No właśnie, może ktoś im powinien zasugerować, że ich pacjentki mogą się czuć nimi przytłoczone?
    Co do matek z dziećmi – myślę, że będąc w ich sytuacji, gdybym miała wybór, to na pewno nie zabrałabym swojego świadomie w takie miejsce.

    Polubienie

  5. Fajnie, że myślisz o innych. Nie każdy to potrafi. 🙂
    Ja to sobie w pierwszej chwili pomyślałam, że może to być dla nich nadzieja, namacalny dowód, że się udało… Ale co ja się tam znam. Na pewno ty masz więcej racji.
    Ściskam, choć nie za mocno, wiadomo 🙂

    Polubienie

    1. No właśnie chyba we wszystkim należy zachować umiar i tak jak te zdjęcia dodają nadziei tak dzieci biegające po klinice nie do końca tej nadziei dodają, tylko bardziej dobijają… Przynajmniej mnie. Ale z tego co piszą dziewczyny widzę, że jednak nie tylko ja mam takie odczucia. Myślę o innych, bo sama kiedyś (właściwie niedawno) przez to przechodziłam.
      Dzięki Olitoria, do terminu zostało nam tylko 19 dni 😍😍😍

      Polubione przez 1 osoba

  6. To prawda, lepiej dzidzie zostawić w domu, chociaż nie zawsze jest to możliwe jak pisała crazy cat..sama coś o tym wiem.
    A mnie zawsze zdjęcia dzieci w klinice wzruszały i dodawały nadziei. Były dowodem na to, że ivf rzeczywiście się udaje i marzyłam że kiedyś wśród tych zdjęć będzie zdjęcie mojego dzieciątka :))
    Jejku, nie mogę się doczekać wieści że już masz swoją Zoske przy sobie :)) myślę o Was i ściskam kciuki za lekki poród:))

    Polubienie

    1. Ja też zawsze miałam łzy w oczach patrząc na te zdjęcia, ale tak jak mówisz – one akurat dodawały mi otuchy, było tam tyle maluszków, że wierzyłam że i my takiego maluszka będziemy mieli 🙂 Dziękuję Marysiu 😊😊😊😘 Napewno dam znać jak będziemy już razem 😊

      Polubienie

  7. Dziekuję, ze to napisalas…Bo ja czuje sie zlym czlowiekiem przezywajac te okropne uczucia, wtedy kiedy pomieszkuje w naszym domu male dziecko mojego partnera i kiedy widze to ich „szczescie” bycia ze soba. Po dwukrotnym niepowodzeniu w in vitro jest to dla mnie koszmar. Dlatego dziekuje, bo dalas mi – i dziewczyny w komentarzach- poczuc, ze mam prawo do tych uczuc 😘

    Polubione przez 1 osoba

    1. Alicjo, oczywiście, że masz prawo do takich uczuć i mogę powiedzieć, że wiem jak to wygląda w Twoich oczach. Niestety też przez te 4 lata leczenia regularnie doświadczałam obecności małego dziecka w moim najbliższym otoczeniu, być może to też przez to w pewnym momencie potrzebowałam fachowej pomocy. Niektórym spędzanie czasu z takimi maluchami dodaje siły i energii, sprawia, że świat staje się lepszy, a mnie to wtedy wpędzało w jeszcze większy dół. Każde napotkane dziecko, nawet te 10-letnie wywoływało we mnie uczucie tęsknoty. Dlatego dziś również staram się być pod tym względem ostrożna. Pozdrawiam Cię serdecznie i przesyłam dużo ciepła 🤗

      Polubienie

  8. Jest jakis taki wzorzec, ze dzieci rozczulaja kobiety i ze sa dla nich cieple i czule. Tym bj. mozna sie czuc okropnie, ze ma sie zle uczucia… Moja tesciowa czesto opowiada mi co tam robil jej wnuk – czyli dziecko mojego partnera z poprzedniego zwiazku, myslac chyba, ze to poprawia mi nastroj. Nie wiem skad takie myslenie, dlatego czasem sie do tego zmuszam, a czasem wybucham, ze dlaczego mam cieszyc sie dzieckiem, ktore ma mnie w nosie, a ktore tak absorbuje zycie mojego partnera i przez to tez moje. Dodam, ze okazalo sie po dlugim czasie wyszukiwania u mnie przyczyny niepowodzen i roznych stawianych mi rozpoznaniach, ze nieudane starania o dziecko i rozpoczecie procedury invitro jest wynikiem b.slabych wynikow nasienia partnera.

    Dlatego duzo mi dalo przeczytanie Twojego postrzegania siebie podczas invitro, bo czesto na forach dziewczyny przedstawiaja radosc i taka przyjazna tesknote za macierzynstwem, jakby nie bylo zazdrosci, pocz.krzywdy, wybrakowania. Od tych wszystkich zlych przezyc, narasta czasem poczucie, ze z tego wnetrza nic dobrego nie moze sie narodzic :/
    I tez taka uwaga- mysle, ze nie musisz byc ostrozna w pokazywaniu swojego macierzynstwa innym kobietom, ktore nie moga miec poki co dziecka. Moje wszystkie prawie kolezanki maja dzieci i jakos nie mam problemu z przebywaniem z nimi i z ich dzieckiem, cieszenia sie z ich pociechy, kiedy po prostu wiem, ze one nie bagatelizuja mojego problemu, pomimo tego, ze jest obcy, tylko wczuwaja sie w sytuacje.
    Pozdrawiam 😘

    Polubienie

    1. Widzisz kochana, w moim otoczeniu bardzo niewiele osób wiedziało o moim problemie, dlatego raczej nikt się w to nie wczuwał, raczej byłam postrzegana jako typowa wygodna karierowiczka, która stawia na pracę i zapewnienie sobie dobrego bytu zamiast posiadać dzieci. Tak to odczuwałam, mimo to nie miałam potrzeby mówić o tym głośno, bo wiedziałam że nie każdy to zrozumie. Poza tym jakoś nie chciałam użalać się nad sobą publicznie, a tak to by pewnie wyglądało 😕 Wylałam swoje uczucia i przemyślenia tutaj, ja znalazłam sposób pisząc bloga i to mi bardzo pomogło, cieszę się, że komuś moje wpisy też pomogły, bo wbrew pozorom takich osób jak my jest bardzo dużo i często myślimy że nasze uczucia są złe, że to co myślimy i jak reagujemy nie jest normalne. A potem znajdujemy w sieci blogi, profile innych osób lub idziemy pogadać z psychologiem i okazuje się, że każda z nas jednak reaguje podobnie. Ściskam Cię mocno 😘

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s