Przejmuję dowodzenie na moim okręcie

Przygotowując się do jakiegoś wielkiego i ważnego wydarzenia w życiu staramy się wszystkie sprawy dopiąć na ostatni guzik i zadbać o każdy szczegół związany z oczekiwaną rzeczą. Czasami tak bardzo skupiamy się na szczegółach, że zapominamy o ogólnych sprawach, które też przecież mają dużą wagę. Ja popełniłam ten „błąd” przygotowując się do macierzyństwa. Ujmuję „błąd” w cudzysłów, ponieważ to swego rodzaju przenośnia. Nie popełniłam żadnego błędu względem mojej córki, bo przygotowałam się do jej przyjścia na świat najlepiej jak potrafiłam (sami zresztą widzieliście, że poświęciłam tej kwestii całą swoją uwagę) – i faktycznie zadbałam chyba o wszelkie możliwe szczegóły.

Mój „błąd” dotyczy mnie samej, a konkretnie mojego podejścia do samego otoczenia, które aż kipi od różnorakich rad i opinii. Czekałam na dziecko bardzo długo, przywitałam je na świecie z wielkim utęsknieniem, byłam tak przejęta jego delikatnością, kruchością, tym że ono JEST, tym żeby go nie skrzywdzić, żeby nie zrobić czegoś czego nie powinnam, że w ciągu 2 miesięcy jego życia straciłam odrobinę swoich zmysłów…

Straciłam trochę słuchu – bo nie słyszałam wszystkich sygnałów, które wysyłał do mnie mój własny instynkt, a zamiast tego wysłuchiwałam wszelkich rad otoczenia i bardziej doświadczonych ode mnie mam, przecież ja mam pierwsze dziecko i jeszcze niewiele wiem.

Straciłam odrobinę wzroku – bo przestałam widzieć siebie jako matkę, która najlepiej zna potrzeby własnego dziecka, w trudnych sytuacjach posiłkowałam się wszelkimi poradnikami i artykułami w jakikolwiek sposób potwierdzonymi nauką czy medycyną.

Zaniedbałam też swoją intuicję, którą bałam się kierować i zamiast tego wolałam opierać się na twardych faktach i sprawdzonych naukowo metodach na WSZYSTKO, bo bałam się niechcący zaszkodzić dziecku. A przecież tak się nie da…

Nie da się funkcjonować według jakiegoś konkretnego schematu, bo przecież każde dziecko jest zupełnie inne, każdy organizm jest indywidualnością, każda mama jest inna i każda sytuacja jako całokształt też jest często inna. Można wysłuchać czyjejś rady, można poprosić o opinię, można przeczytać o metodach na różne dolegliwości czy przypadłości, ale nic nie zastąpi zwykłego matczynego instynktu. Dlatego odzyskałam swój wzrok, słuch i intuicję – to mój okręt i to ja tu dowodzę.

ae2b9e763bfe5a5cd917a083eda3ce06f86430ed

A wszystko zaczęło się od zwykłej czkawki i rumianku…

No właśnie, co człowiek to inna opinia.
Czkawka – z czego ona w ogóle się bierze? Na ogół z zimna, ale w naszym przypadku również od ulania, to znaczy jest jego następstwem, czyli mała sobie leży (dłuższy czas po jedzeniu i odbiciu), nagle odbija jej się ponownie, ulewa trochę i pojawia się czkawka. Taki proces. Moja mama jednak jest przekonana, że to tylko i wyłącznie efekt chłodu i trzeba dziecko cieplej ubierać. W moim domu jest ciepło, jest stała temperatura 23 stopnie, dziecko ma body na krótki rękaw + bluzeczkę/body na długi rękaw + leginsy + jakieś grubsze skarpetki i ZAWSZE kocyk w trakcie spania czy nawet samego leżenia. W takiej konfiguracji karczek jest zawsze cieplutki, stópki też są ciepłe, a rączki i tak są zawsze zimne (u niemowląt to podobno normalne). Nasłuchana o tym chłodzie i cieplejszym ubieraniu zwątpiłam trochę w to czy dobrze robię, więc pewnego dnia postanowiłam spróbować ubrać małej jedną warstwę więcej, to znaczy dodatkowe rajstopki pod leginsy. Co mi to dało? Utwierdziłam się tylko we własnym przekonaniu, ponieważ córka miała bardzo delikatnie spocone czółko – było jej za ciepło, a czkawkę i tak dostała. Zatem nadal postępuję według własnego wyczucia.

No ale na tym nie koniec, ponieważ czkawka nadal występuje, a moja mama naciska od pierwszych dni życia mojej córki, aby w takim przypadku podawać jej ciepłą herbatkę z rumianku. Kiedy byłam jeszcze w ciąży przeczytałam obszerny poradnik i sporo tematycznych artykułów. Wszędzie było napisane jasno i wyraźnie – niemowlę nie powinno mieć podawanych żadnych płynów oprócz mleka przynajmniej do ukończenia 4. miesiąca życia, a w przypadku karmienia piersią do 6. miesiąca. To nic. Przed porodem pytałam o tą kwestię moją położną – potwierdziła. Na naszym wypisie szpitalnym również było jasno i wyraźnie napisane, aby niczym nie dopajać dziecka. Moja mama jednak nie zgadzała się z tym i ciągle próbowała mnie nakłonić, abym podała dziecku herbatkę, bo przecież mała się męczy, a jak ja byłam mała to też piłam rumianek… Ja jednak byłam nieugięta. Zapytałam o tą kwestię również pediatrę podczas wizyty patronażowej – on także potwierdził, że dziecka nie powinnam niczym dopajać, dla mnie zdanie realnych fachowców była i jest fundamentalne, taka już jestem, że wolę posiłkować się na fachowych opiniach. No i ok.

Minęło 10 tygodni życia małej. Siedzimy w salonie, mamy gościa, rozmawiamy i ja w tym samym czasie karmię małą. Ona będąc dopiero w połowie jedzenia nagle przerywa i zaczyna płakać. Biorę ją więc do odbicia (bo czasem tak ma, że nie może jeść dalej jak powietrze w środku się jakoś skumuluje, zazwyczaj odbijamy i konsumuje dalej), ale to nie pomaga. Wstaję i zaczynam z nią chodzić, jednak płacz nagle przeradza się w dosłowny ryk i krzyk. Zmiana pozycji, bujanie, tańczenie i śpiewanie nie pomogły. Temperatura w porządku, nie ma gorączki. Przez moment zgłupiałam, ale zastanowiłam się chwilę i wiem – kupa! Nie było kupy od mniej-więcej 48 godzin (to dużo i niedużo, ponieważ znów jedni twierdzą, że kupa powinna być codziennie, inni twierdzą, że na tym etapie kupa może pojawiać się nawet co kilka dni – kwestia różnicy tych cholernych zdań). Faktycznie – brzuszek jest twardy i napięty. Dziecko drze się w niebogłosy i nic nie pomaga – „pompowanie” nóżkami, masowanie, dźwięk i ciepło suszarki dają efekt tylko na kilka minut, potem jest dalej to samo. Panikuję, bo nie wiem jak mogę pomóc, dzwonię więc do położnej z prośbą o radę:

Ja: Opisuję problem i proszę o podpowiedź co mogę zrobić.
Położna: Masz w domu rumianek? Zaparz jej delikatną herbatkę i podaj.
J: No mam rumianek, ale przecież córka nie ma skończonych nawet 3 miesięcy! (😱)
P: To nic, podaj jej to, lepiej pomóc jej przez żołądek.
J: Ale przecież Wy wszyscy mi mówiliście, żeby absolutnie nie podawać dziecku do picia niczego oprócz mleka! (😠)
P: Spokojnie możesz jej podawać rumianek, nie bój się tak tego.
J: … (😡😡😡)

Rumianek podałam i powoli opanowałam sytuację. Mama triumfowała, bo od początku o tym mówiła – szczególnie w przypadku czkawki. Ale… teściowa już z kolei powiedziała, że nie powinnam jej tego podawać, bo rumianek podobno może wywołać alergię u dzieci…

I znów powtórzę: co człowiek to inne opinie, każdy będzie zadowolony z czegoś innego i każdemu coś innego pomoże. Ta sytuacja pokazała mi, że czas najwyższy zdać się na własne przeczucia i intuicję – chociaż nie, czas najwyższy zacząć słuchać własnych przeczuć i intuicji, bo co człowiek to inne doświadczenia i co człowiek to inne rady. Różni rodzice podają swoim dzieciom różne rzeczy w różnym czasie. Przykładowo: herbatki ziołowe – jedni są przeciwnikami ich podawania, inni podają je po ukończeniu 6. miesiąca życia, a jeszcze inni od pierwszych tygodni życia. Jedni rozszerzają dietę po 4. miesiącu, inni po ukończeniu 6 miesięcy. Czy to źle? Przeczytałam kiedyś takie mądre słowa, z którymi zgadzam się całą sobą: każdy rodzic podaje swojemu dziecku różne rzeczy w różnym czasie i każdy z nich ma rację.

Reklamy

24 uwagi do wpisu “Przejmuję dowodzenie na moim okręcie

  1. Wiesz jak ja urodziłam córkę to też nasłuchałam się różnych ‚dobrych’ rad. Mała miała cały czas zimne rączki, a moja mama i siostra upierały się by ją cieplej ubrać. Lato, gorąco, a one dziecko by mi przegrzały – nie dałam się i ubierałam ją odpowiednio do pogody. Mojej córce nigdy się nie odbijało po jedzeniu i mogłam robić wszystko, nawet na rzęsach stanąć i nic. Co ja się nasłuchałam, że to niedobrze, że powinno jej się odbić itp. itd. W końcu powiedziałam wszystkim tonem nie znoszącym sprzeciwu, że to moje dziecko i ja jako mama wiem co jest dla niej najlepsze. Życie bym za nią oddała i od tamtej pory miałam spokój 🙂
    Mówią że dziecko karmione mm nie musi robić kupy codziennie, a czkawka sama przejdzie 🙂

    Polubienie

    1. Dokładnie 😊 Aczkolwiek ja niby jestem taka asertywna, ale co do bliskich to człowiek czasami zwyczajnie nie chce się kłócić, więc albo delikatnie zasugeruje że wie co robi, albo zwyczajnie wysłucha, przytaknie a zrobi swoje 🙂 Wiem, że czkawka przechodzi sama (zazwyczaj dopiero jak córka zasypia), jednak nie zmienia to faktu, że po pewnym czasie ją to denerwuje i zaczyna to wyraziście okazywać 😉

      Polubienie

      1. No wiadome. Dorosłego to dobija, a co dopiero niemowlę 😉 Moja córcia na szczęście nie miała zaparć, ale jak przez dzień lub dwa nie mogła zrobić kupy to do mleka dodałam parę kropel Infacolu, po czym trzeba było szybko zmieniać odpady radioaktywne 😉

        Polubienie

  2. Czkwaka u niemowlecia to norma i uwierz, ze nie dokucza ona jej tak jak nam dorosłym. Najprędzej są to jeszcze pozostałości po tej czkawce prenatalnej – zwykle skurcze przepony. Po za tym pierwsze slysze zeby jakakolwiek czkawka brala sie z zimna. :O U doroslego czkawka jest z nadmiaru polknietego powietrza a u niemowląt – jak wyzej.. przynajmniej z mojej wiedzy. 🙂

    A co do kolek to dzis pierwszy raz uslyszalam o wentylkach na kolki… i powiem szczerze ze ciekawe to i podejrzewam ze nie omieszkam spróbować jesli dopadna nas kolki.

    Polubienie

    1. Wychłodzenie czy nawet głośny śmiech też mogą być powodem czkawki u dziecka 🙂 Nie wiem czy dorosłych czkawka męczy bardziej, ale moja Zosia po 5-10 minutach takiego „czkania” strasznie się denerwuje.

      No u nas to nie była kolka tylko raczej silne zaparcie, ale o wentylkach też jeszcze nigdy nie słyszałam i aż z ciekawości poczytam sobie zaraz co to takiego 😊

      Polubienie

      1. No i mniemam ze z tym smoechem to pk raz kolejny – dochodzi do zapowietrzenia.. ale o chlodzie swrio pierwszy raz slysze 😉

        No poczytaj i powiedz jaka Twoja opinia:)

        Polubienie

  3. Wiesz… doskonale Cię rozumiem…miałam tak samo po porodzie. Słuchałam innych, zamiast słuchać swojej intuicji. Chciałam być dobrą mamą dla swojej córki i mimo że posiadalam wiedzę na różne tematy związane z pielęgnacją noworodka, słuchałam rad innych, bo przecież mają doświadczenie a ja nie. I powiem Ci, że to prawda co mówią stare, oklepane porzekadła-że każda mama wie najlepiej co potrzebuje jej dziecko. Już więcej też nie popełnię tego „błędu” 😉

    Polubienie

    1. Dokładnie, niby człowiek wie co i jak robić, ale w obawie że jednak nke do końca ma praktykę to słucha innych… A jeszcze jak się znajdą inni, którzy swoje rady wpychają wręcz na siłę to już w ogóle klops 🙄 Dobrze, że dojrzałyśmy do tego i rozuniemy swój „błąd” 😊

      Polubienie

  4. Bardzo fajny wpis, i bardzo potrzebny, bo wiele jest takich niepewnych mam. Nie ma jednej metody, ale to frustrujące, że ten sam człowiek, w dodatku kompetentny, daje ci sprzeczne informacje. Na szczęście zaczęłaś ufać własnej intuicji, bo nie wszystkie mamy to potrafią.
    Kiedyś mojemu koledze urodziła się córka. Jego żony J dotąd nie znałam, ale właśnie spędzaliśmy razem wakacje. Widziałam, że dziewczyna jest z tych cichych i nieśmiałych, ale poza tym wydała mi się jakaś wykończona, mizerna, smutna. Zabrałam ją na spacer i wypytałam o co chodzi. No i okazało się, że po urodzeniu Zuzi teściowa przejęła stery. W kółko jej powtarzała „Nie znasz się” i robiła po swojemu. Ona nie miała żadnej siły przebicia, bo to było jej pierwsze dziecko, no a teściowa przecież położna, no to wie co robi… I kurde, ta położna notorycznie przegrzewała dziecko, dopajała sokami. Wreszcie 3 miesięcznemu dziecku zaczęła wciskać takie potrawy że mała wylądowała w szpitalu! Teściowa decydowała o wszystkim; jak karmić, czym karmić, kiedy karmić, jak ubierać, kiedy na spacer itp. J powiedziała, że po raz pierwszy na tych naszych wakacjach jej Zuzi nic nie jest; nie ma wysypki, zaparć, wymiotów itp. Ale jest przerażona na myśl że po wakacjach wróci do teściowej, która w dodatku prawie jej na te wczasy nie puściła, twierdząc że J sobie nie poradzi sama z córką.
    Tak dziewczynę ustawiłam, że po powrocie powiedziała teściowej co o niej myśli i wyprowadzili się z mężem na drugi koniec miasta. 😀

    Polubione przez 1 osoba

    1. O kurcze, aż wierzyć się nie chce że to prawdziwa historia… 😱😱😱 Co to za teściowa… Gdzie był w ogóle mąż tej dziewczyny że pozwolił na takie hardcorowe akcje… I co to w ogóle za POŁOŻNA?!!! 😳 Nie no brak słów. Naprawdę.
      Ale powiem Ci, że oprócz tego, że czuję sama w środku, że nabrałam dużo więcej pewności siebie to widzę też już po swoich reakcjach, że nie dam nikomu dyktować co mam robić czy też jak robić coś lepiej, więc bez wątpienia jest wewnętrzny progress 😊

      Polubienie

  5. Mąż był, a jakże, ale wiesz jak to z nimi jest. Tu żonusia, tu mamusia, to on się wtrącać nie będzie. Niestety bardzo dużo jest takich facetów.
    Ty jesteś silna i masz wsparcie w mężu i w rodzinie to też na pewno dodaje ci siły.
    A ile takich dziewczyn bez wiary w siebie, bez wsparcia, zahukanych i niepewnych. One będą słuchać rad innych, myśląc że faktycznie sobie nie poradzą.

    Polubienie

    1. Oczywiście, masz rację. Ja gdybym nie miała wsparcia w mężu to w pewnym krytycznym momencie pewnie sama bym pękła, wygarnęłabym co mi leży na sercu i narobiłabym sobie wrogów… Ale przynajmniej miałabym wtedy spokój.
      Pamiętam jak wróciłam z malutką ze szpitala, ona miała może z 5 dni, ja cała jeszcze nabuzowana hormonami. Przyjechali do nas moi rodzice, byli zauroczeni wnusią, ale w pewnym momencie moja mama zaczęła mi delikatnie zwracać uwagę, że tego nie powinnam robić, tamto powinnam robić inaczej, to robię źle, a czemu tak a nie inaczej i w ogóle (mama raczej nie lubi sprzeciwu, w takich sytuacjach będzie tak długo wiercić dziurę w brzuchu aż dopnie swego…). Broniłam się i tłumaczyłam, że to ja jestem jej matką i to ja decyduję jak będę robić, ale dyskusja toczyła się dalej i w pewnym momencie łzy stanęły mi w oczach, byłam już bliska wybuchu, ale mój mąż krótko skwitował, że ja jestem mamą i nigdy nie zrobię krzywdy własnemu dziecku więc mają przestać cudować i mnie pouczać. No i się skończyło. Ale jak wyszli to płakałam, bo strasznie to wzięłam do siebie wtedy. Dziś pewnie zareagowałabym inaczej, ale widać w takich sytuacjach jak bardzo potrzebny jest ktoś kto przysłowiowo za Tobą stoi i wiesz, że zawsze możesz na niego liczyć.

      Polubienie

      1. U mnie o tyle łatwiej, że mama mieszka w Stanach, więc nie jest tu obecna fizycznie. Co nie znaczy, że nie wpierdzieli trzech groszy przez telefon, (chyba nie pamięta że to moje trzecie). Dlatego nie podałam jej terminu porodu, nikomu nie podałam. Ale najbardziej mnie załamała, gdy zadzwoniła do mnie wieczorem, (ja właśnie urodziłam rano) i tak jak ty, nabuzowana hormonami, mówię jej, że właśnie dzisiaj urodziłam dziewczynkę. Mama się pyta, jak ją nazwaliśmy, mówię, że Tamara, a moja matka: Coo??!! Dlaczego??!! O Jezu! Ruskie imię!
        Odłożyłam słuchawkę i też tak jak ty się poryczałam potem, ale… no kurde, no!
        Potem się co prawda zreflektowała i przeprosiła, i teraz nawet chyba jej się imię podoba, ale niestety tego nie zapomnę.

        Polubienie

      2. No masakra jakaś… W ogóle jak można tak komuś powiedzieć, nawet jak faktycznie jej się nie podoba to i tak nie ona decyduje więc po co tak gadać i komuś przykrość sprawiać…
        Ale widzę że nie tylko moja mama różne jazdy i być może to po prostu przychodzi w pewnym wieku i na pewnym etapie życia…?

        Polubienie

  6. Dopiero, kiedy przestałam przejmować się i sugerować opiniami innych, zaznałam wewnętrznego spokoju. Na szczęście zajęło mi to tylko, a może i aż miesiąc. Pierwszy miesiąc życia Jagody był dla mnie jak rozpędzony rollercoaster, nad którym motorniczy stracił panowanie 🙂 Hormony, baby blues, karmienie, oswajanie się z nową sytuacją.. I jeszcze te rady i opinie mieszkające w głowie.

    Polubienie

    1. Aż powiedziałam pas, albo wciskam hamulec i robię tak jak czuję, jak dyktuje mi intuicja, albo zwariuję.
      Na szczęście w mamie miałam ogromne wsparcie, więc jak miałam jakąś wątpliwość, to zawsze dobrze mi poradziła. A tak starała się nie wtrącać i mówiła, że mam zrobić tak jak czuję.

      Polubienie

    2. No u mnie to trwało 2 miesiące, tolerowałam i słuchałam, czasem wątpiłam w siebie, ale otrząsnęłam się porządnie i naprawdę teraz wiem gdzie jestem 😊 I widzę, że jednak nie należę do mniejszości pod tym względem.

      Polubienie

  7. W przypadku czkawki u mojego syna często okazywało się, że ma mokrą pieluszkę… To podpowiedziała mi mama ale faktycznie się sprawdziło. On rzadko płakał, nawet przy pełnej pieluszce… Poza tym raczej rzadko słucham rad, bo ja najlepiej znam swoje dziecko i to, czemu płacze. Najbardziej denerwują mnie teksty, że gdy tylko Mała zapłacze słyszę, że przecież jest głodna i chyba ją głodzę… Moja teściowa gdy tylko dziecko zamarudzi od razu dawała by mu jeść,.. Ech, szkoda słów, ale po takim czasie uodporniłam się i puszczam wszystko mimo uszu. Pozdrawiam 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s