Faktura za przechowywanie oocytów…

Ostatnio w trakcie rozmowy z kimś znajomym opowiadałam o tym jak moja dziecina ma obecnie etap niechęci do spędzania czasu na leżąco, a konkretniej w samotności, ponieważ któryś rodzic musi być zawsze w zasięgu wzroku i to w bardzo bliskiej odległości, bo inaczej awantura jest słyszalna pewnie na całej dzielnicy. Opowiadałam o tym znajomej ze śmiechem, że nie mogłam się ogarnąć do wyjścia, bo dziecina żądała, abym cały czas była przy niej, więc tak latałam z pokoju do łazienki trzymając przybory do makijażu i co kilkanaście sekund zabawiając dziecko 😁 W odpowiedzi usłyszałam jedynie: „Bo nie ma towarzystwa w swoim wieku!” – wypowiedziane z dziwnym wyrzutem 😳 No i mój uśmiech został, że tak powiem, lekko zgaszony, bo w życiu nie spodziewałabym się takiego zwrotu akcji 🤔

No i zaczęłam rozmyślać. Ale nie marzyć czy planować tylko sama siebie upewniać w tym, że nasze nastawienie na jedno dziecko jest właściwe. Ciążę wspominam bardzo pozytywnie, mimo okresu, w którym musiałam leżeć i się oszczędzać. Kochałam być w ciąży, uwielbiałam ten okrągły brzuszek i kopniaki, które dostawałam w żebra. Ale kolejna ciąża kojarzy mi się z tym wszystkim co przeszłam. Długo czekaliśmy z mężem na rodzicielstwo. Chociaż nie, źle się wyraziłam – długo walczyliśmy o rodzicielstwo i raczej mało to miało wspólnego z czekaniem, choć mimowolnie CZEKANIE jest na stałe wpisane w niepłodność. Przeszliśmy napewno nie najdłuższą, bo są osoby, które przeszły więcej od nas, jednak mamy za sobą równie długą drogę do rodzicielstwa – setki badań, pobierania krwi, usg, znieczuleń, recept, tabletek, kłuć w brzuch, i czekania. Comiesięcznego czekania najpierw na owulację, potem na okres, potem na wyniki badań, potem na kolejne badania, kolejne owulacje, kolejne wyniki i tak w kółko… Ale wracając do tematu – to długotrwałe i bolesne czekanie i walka o dziecko sprawiły, że nie chcemy więcej tego powtarzać. Oczywiście żeby mnie ktoś źle nie zrozumiał – nigdy nie żałowałam tego, że podeszliśmy do in vitro i gdybym miała podjąć tą decyzję jeszcze raz mając tą wiedzę i doświadczenia co dziś to znów zrobiłabym to samo, bo nie żałuję NICZEGO. Ale zdecydowaliśmy z mężem, że nie chcemy i nie będziemy chcieli ponownie przechodzić tej procedury, bo jesteśmy spełnieni i szczęśliwi i chcemy po prostu się tym szczęściem cieszyć i żyć w spokoju. A jeśli kiedykolwiek będzie nam dane zostać kolejny raz rodzicami to stanie się to tylko i wyłącznie w sposób naturalny, bez jeżdżenia, brania tony leków, desperacji, zastrzyków i frustracji. Nie chcemy powtarzać tamtych doświadczeń. Jest dobrze tak jak jest. A nawet lepiej niż dobrze.

Pozostaje jeszcze kwestia podjęcia decyzji co zrobić z moimi komórkami, które są zamrożone w banku nasienia i komórek jajowych. Zarodków tam nie ma, bo wykorzystaliśmy obydwa, które mieliśmy. Ale jest tam jeszcze kilka oocytów i trzeba zastanowić się nad ich przyszłością. W zeszłym roku opłaciliśmy ich przechowywanie na kolejny rok. Niebawem przyjdzie kolejna faktura, ale w tym roku nie chcemy już tego robić, bo jesteśmy pewni, że ich nie wykorzystamy. Drogi są dwie: zniszczenie lub dawstwo. I nie wiem co mam zrobić. Przez pewien czas byłam przekonana, że chcę je oddać, bo wiem, że jest mnóstwo kobiet, które nie mają swoich komórek i byłyby szczęśliwe dostając szansę na macierzyństwo. Ja wiem jak to jest nie móc mieć dzieci i wiem jak bardzo ucieszyłabym się z takiej szansy. No i zrobiłabym coś naprawdę dobrego. Jednak od jakiegoś czasu zaczynam zastanawiać się czy nie będę myślała co się z nimi stało, kto je dostał i czy w ogóle komuś udało się dzięki nim zostać szczęśliwymi rodzicami, o czym nigdy się nie dowiem. Kiedy mam je oddać czuję się trochę jak wyrodna matka, która miałaby oddać swoje dzieci, mimo że one dziećmi wcale nie są, bo są tylko komórkami zawierającymi moje geny. No ale jeśli kiedykolwiek komuś się uda i te dzieci się urodzą i kiedyś dowiedzą się, że jakaś kobieta – dawczyni – czyli ich biologiczna matka – czyli ja – oddała je tak po prostu jako anonimowa dawczyni… I nie wiadomo kim w ogóle jest. Czy nie stracą swojej tożsamości niczym przysposobiony nastolatek, który właśnie znienacka dowiedział się, że jego mama nie jest jego biologiczną mamą? Albo będą chciały mnie odnaleźć i poznać, choć z tego co wiem to chyba nie jest możliwe, tak jak w przypadku przeszczepu dawca zawsze pozostaje anonimowy… No właśnie, a gdyby nie daj Boże któreś z nich zachorowało lub miało wypadek i potrzebny byłby przeszczep…?

Co za ćwiek, masakra…

11 uwag do wpisu “Faktura za przechowywanie oocytów…

  1. Wiesz, że ja nigdy wcześniej nie zetknęłam się z taką sytuacją? Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, bo na szczęście nie musiałam, ale to jest naprawdę ważny temat. Niełatwy i wart przemyślenia, a pewnie i tak nigdy nie będziesz do końca zadowolona z podjętej decyzji.
    Absolutnie nie chcę ci tutaj radzić, bo nie mam o tym pojęcia, tak, jak mogę się tylko domyślać jak trudną drogę przeszliście. Wcale, ale to wcale nie dziwię się waszej decyzji. Jedyne co mogę, to powiedzieć z mojego doświadczenia, i z obserwacji, że chęć na kolejne dziecko może pojawić się nagle i nieoczekiwanie, i nasilać się z czasem. Ale też nie musi.
    Nie wiem ile to kosztuje rocznie (chociaż musisz przyznać, że „faktura za przechowywanie oocytów” brzmi zabawnie 😀 ), i z drugiej strony bez sensu placić za coś, z czego wspólną decyzją zrezygnowaliście.
    Co do wyboru, co z tym zrobić dalej… Myślę, że jeśli miałoby ci to spędzać sen z powiek, to lepiej zniszczyć, bo nigdy nie zaznasz spokoju. A spokojna mama to szczęśliwa mama, która może całkowicie skupić się na swoim dziecku, tym realnym, które ma.
    Przykro mi, że nie umiem lepiej pomóc.
    Ściskam!

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dokładnie, wydawałoby się, że temat niepłodności, a raczej jej leczenia jest już u nas zamknięty, a tu jednak trzeba jeszcze domknąć pewne sprawy. Faktura za przechowywanie oocytów 🙂 – celowo nazwałam tak ten post, bo w ogóle sama faktura za coś takiego jest dla mnie taka „sucha”, to takie przedmiotowe traktowanie. Ja wiem, że może teraz przesadzam, ale ja tak to widzę. Zresztą całe leczenie też było czasem takie przedmiotowe, no ale co tu się dziwić, takich pacjentów jak my są w takiej klinice pewnie tysiące, więc jakoś trzeba ich wszystkich ogarniać… Opłata roczna jest i wysoka i niewysoka, zależy jak na to patrzysz, bo kosztuje to 600zł. Ale jak sobie myślę, że po 10 latach płacenia i w dalszym ciągu niewykorzystania tego (bo nasza decyzja pozostawałaby niezmienna) miałabym stracić 6 tysięcy to wolę odkładać je na konto swojego dziecka.
      No tak, z tą chęcią na kolejne dziecko wg Twoich doświadczeń jest w zasadzie tak samo jak z chęcią na pierwsze. Nam teraz też może się wydawać, że już więcej nie chcemy, a przyjdzie kiedyś taki moment… Ciekawe czy kiedyś napiszę o tym cokolwiek 🤔😉 Choć wydaje mi się, że chyba nie. Nawet jeśli kiedyś pomyślę o drugim dziecku to po przypomnieniu sobie procedury zmienię zdanie. Poza tym wiesz, ja mam taką potrzebę, aby poświęcić małej całą siebie, aby dać jej maksimum czasu i uwagi póki jest mała, a mała będzie jeszcze przynajmniej kilka lat i przez ten czas nie chcę skupiać się na niczym ani na nikim innym czy nowym. Dlatego też nawet gdybym cokolwiek chciała to nie szybciej niż za 6-7 lat. Takie mam podejście. Już dawno przemyślane 😊
      Masz rację, jakakolwiek decyzja nie przyniesie mi tutaj pełnej satysfakcji… Tylko, że zniszczenie brzmi tak cholernie egoistycznie… Nie ukrywam, że chciałabym teraz, aby pod postem wypowiedział się też ktoś, kto potrzebował takiej komórki lub nasienia dawcy, może to ułatwiłoby mi podjęcie decyzji… 🤔

      Polubione przez 1 osoba

  2. To, że udało Wam się po tylu wysiłkach zostać rodzicami jest najwspanialszyn, co mogliście dostać od losu. Ja nie jestem zwolenniczką modelu rodziny 2+1, bo uważam, że dziecko powinno mieć rodzeństwo, chociażby po to by nie zostało kiedyś samo na tym świecie, a jako już dorosły człowiek mogło liczyć na wsparcie brata czy siostry. Rozumiem jednak w zupełności, że po tym co przeszliście chcecie pozostać przy jednym dziecku i popieram to całym sercem. Macie prawo wyboru, z resztą jak każdy z nas. Również jeśli chodzi o komórki. Wyobrażam sobie, że to bardzo trudna decyzja i macie mnóstwo obaw i wątpliwości. Z jednej strony to duża szansa dla innych par na zostanie rodzicami, z drugiej.. Sama nie wiem czy podjęłabym taką decyzję. Porozmawiajcie o tym, by kiedyś niczego nie żałować. Pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Rozmawialiśmy wiele razy… Uważamy, że nie chcemy już robić nic na siłę i „oszukiwać” przeznaczenia, bo nie o to w życiu chodzi. Mamy dziecko, o którym marzyliśmy, a teraz będziemy po prostu wreszcie delektować się wspólnym życiem. Trudna decyzja, mamy jeszcze czas, ale wiem, że do końca będą wątpliwości, cokolwiek zdecydujemy…

      Polubienie

  3. Jak ja nie lubię takich komentarzy. Znam to uczucie bo również słyszę podobne. Ale powiem Ci że gdy potwierdzisz słowa rozmówcy to jakoś buzia my się zamyka i już nie rozwija tematu (może zadowolony że miał rację 😂).
    Dla mnie procedura ivf jawi się jako wybawienie. Ostatnia szansa i tak bardzo w nią wierzyłam, czekałam na to. Pewnie wiąże się to z długim okresem nieefektywnych starań zakończonych właśnie szczęśliwie udaną procedurą. To było jak lekarstwo. I pewnie dlatego tak pozytywnie to widzę bo udało się za pierwszym razem. Z całą pewnością inaczej patrzyłabym na to po chociażby jednym nieudanym transferem…Ale mi osobiście ivf kojarzy się że spełnieniem naszych marzeń ❤ dlatego rozumiem Cię że nie chcesz przez to przechodzić jeszcze raz. Nie wiem jakbym to przeżyła gdyby się nie udało. Nawet moje jakieś dalsze plany w tamtym czasie kończyły się na planach do dnia transferu A potem…była pustka… zero planów na przyszłość..
    A znowuż ciąża jawi mi się jako strach. Jeden wielki strach o Mysie. Pewnie że cieszyłam się tym stanem ale bardziej bałam się o to czy uda mi się utrzymać tę ciążę i urodzić szczęśliwe… No ale mamy jeszcze 3 zarodki i właściwie nie mam innej opcji jak zabrać je do siebie. Ze szczęśliwym bądź nie zakończeniem… nie wyobrażam sobie zostawić je tam na długie lata ale też nie umiałabym z nich zrezygnować…jakiś taki we mnie egoizm (?) Czy też inne powody o których wspominasz odnośnie oocytów?
    Jednego jestem pewna-że takiej adopcji trzeba być 100% pewnym. Pamiętam że w pewnym momencie chcieliśmy podejść do inseminacji z nasieniem dawcy. I myśleliśmy że mamy wszystko ustalone jednak rozmowa z naszym lekarzem uświadomiła mi jak bardzo się myliłam. I tak bardzo cieszę się że posłuchaliśmy jego rady..
    Pamiętam z krótkiego bloga dziewczynę która adoptowała komórkę jajową/nasienie bądź cały zarodek (?)-nie chcę wprowadzać w błąd ale pamiętam jak oba pisała o tym że bardzo tego żałuje. Nie wiem jak zakończyła się jej historia ale w ciążę zaszła wtedy odrazu.
    To jest cholernie trudny temat.
    P.s u nas już lepiej tylko apetyt mniejszy 😣

    Polubienie

    1. No masz rację, kiedy nie protestujesz lub nie próbujesz się odgryźć to jakoś szybciej temat potencjalnego rodzeństwa się kończy 😁
      Marysia, dla mnie ta cała procedura to też jest ogromne wybawienie, coś co tak naprawdę uratowało mi życie przed zagładą frustracji i przygnębienia, a że miałam już przeróżne myśli i scenariusze w głowie to naprawdę jestem podwójnie wdzięczna za to, że moje życie dziś jest tak cudowne. Zmiana taka mała a taka wielka ❤ Oczywiście wszystko mnie dobijało, źle się czułam po hormonach, pomijając już fakt, że mnie porządnie rozdęło… Bolał mnie brzuch od zastrzyków, no i same dojazdy powodowały jeszcze gorsze samopoczucie, bo w drodze byłam przynajmniej 7-8 godzin, a w trakcie przygotowania do punkcji byłam w klinice 6 dni pod rząd… No generalnie było ciężko, rzygać mi się chciało tym wszystkim, ale wiedziałam po co to robię i nawet jakbym miała ledwo żyć to i tak nie przerwałabym procedury. Fakt, nieudany pierwszy transfer wbił mi straszną szpilę w serce. I ja już nie chciałam tam jechać drugi raz, bo strasznie się bałam, że to się powtórzy a ja juz tego nie przeżyję, bo ledwo zniosłam tą pierwszą porażkę. Ale mój mąż dodał mi siły i motywacji i dzięki niemu tam pojechaliśmy, no i udało się.
      Ale wracając do tematu komórek to ciężka sprawa, nie wiem co zrobię… Napewno nie zmienię podejścia do kolejnej procedury, po prostu nie chcę. A komórki narazie niech czekają, mam jeszcze parę miesięcy na podjęcie decyzji. A najgorsze jest to, że ja wiem, że ani parę miesięcy ani parę lat nic nie zmieni bo i tak nie będę wiedziała co zrobić… 😔
      Wiesz, pamiętam kiedy nam się udało lekarz powiedział nam, że tego samego dnia robił transfer jeszcze jednej kobiecie i jej się nie udało, ale ona się z tego ucieszyła… Ja zgłupiałam, a on powiedział, że ta para miała 6 zarodków i chcieli wszystkie wykorzystać, w domu mieli już 4 dzieci z in vitro i teraz mieli transfer ostatnich dwóch… Radość zrozumiała lub niezrozumiała? Sama nie wiem… A Ty wyobrażasz sobie żeby wszystkie transfery zakończyły się pomyślnie? Kiedy w ogóle do nich podejść? W jakich odstępach czasowych? Sama nie wiem jak bym to ugryzła…

      Polubienie

      1. Ja ze względu na cc narazie nie mogę zajść w ciążę ale w przyszłym roku…myślimy o tym. Oczywiście weźmiemy 2 zarodki odrazu tak jak wcześniej. Co ma być to będzie. Chciałabym aby Mysia miała rodzeństwo. Boję się ciąży ale miłość jest silniejsza. Chociaż szczerze mówiąc to nasze szanse są nikłe a szczególnie w przypadku tego trzeciego zarodka-nie wiadomo nawet czy uda się to rozmrozić.
        Jedno jest pewne i to z mężem już wcześniej ustaliliśmy-ze jeżeli te transfery się nie powiodą to nie będziemy rozpoczynać nowej procedury tylko tak jak Wy spokojnie cieszyć się swoim szczęściem-naszą Mysią❤

        Polubione przez 1 osoba

  4. Uuu to dopiero temat rzeka.. o którym chyba nie powinnam się wypowiadać, bo nie mam o tym pojęcia.. Tzn trochę mam w sensie teoretycznym, bo dzięki Tobie i paru innym blogerkom i instagramerkom – staraczkom trochę zgłębiłam temat niepłodności i in vitro. I kiedyś to mi się wydawało takie ot proste. Lekarze biorą jajko, biorą plemknik, łączą wkładają do macicy i gotowe… haha, jasne. Ale fakt tych zamrożonych komórek z TWOIM DNA czy już zamrożonych ZARODKÓW to jest jakiś kosmos… Niby to tylko komórki, jeszcze nie człowiek, ale jednak z nich może powstać człowiek… i to jest trudna sprawa. Moim zdaniem w tej sytuacji nie ma dobrej decyzji. Tzn ja rozumiem, że zamrożone są tylko Twoje jajeczka? A nie całe zarodki? Jeśli tak to trochę łatwiej kazać je zniszczyć. Jeśli to już zarodki to już trudniejsze moralnie.. Wiem, nie pomagam. 😀

    Ale osobiście to w ogóle ja nie rozumiem dlaczego w tych sytuacjach czy w sytuacji dawców organów czy dawców szpiku musi być ta anonimowość? Jeśli obie strony by kiedyś chciały się poznać to czemu się tego nie umożliwia? 😛 Że np jeśli Ty oddając takie komórki zaznaczysz, że zezwalasz na kontakt ze sobą, to jeśli choćby za X lat, taka potencjalna dawczyni przyjdzie do danej kliniki, że chciałaby poznać dawczynię (albo jej dzieci) to czemu się tego nie robi? Dla mnie to niezrozumiałe.

    Polubienie

    1. Zarodków zniszczyć nie można. Albo je wykorzystujesz albo przekazujesz do dawstwa (z tego co się orientuję, ale zniszczyć nie możesz ma pewno). Ja myślę, że anonimowość musi być zachowana ze względu na ewentualne późniejsze roszczenia, nigdy nie wiemy jak się ludziom życie poukłada i czy np. nie będą chcieli mimo wszystko jakichś pieniędzy od tej drugiej strony, nie wiem jakichś alimentów? Wiadomo, wszystko ustala sąd, ale to są już dodatkowe problemy. Tak mi się wydaje, że to dlatego.
      Chociaż ciekawa jestem czy są robione wyjątki np. kiedy biologiczne dziecko dawczyni choruje na białaczkę i potrzebny jest dawca, a z rodziny nikt nie może nim zostać. Ciekawe czy wtedy kliniki czy też banki komórek lub zarodków robią wyjątki i kontaktują się z dawcami…

      Polubienie

      1. No tak. Ten wszech obecny materializm… 😥 A widzisz to tego to nie wiedziałam, ze zarodków nie mozna zniszczyć. Aczkolwiek ma to sens. No i ciekawe właśnie czy robia takie wyjątki. Ja myślę ze powinni o ile dawca wyrazał zgodę na taka ewentualnosc oddajac te komórki/zarodki. Bo pewbia sa i tacy którzy nie chcieliby wiedzieć ani pomagać bo oddanie szpiku albo chocby nerki czy kawalka wątroby to juz nie zabawa. Heh.

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s